Rurki z ruin Białego Słonia,
czyli przedwojennej filii Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu
Warszawskiego na Popie Iwanie w Czarnohorze (na rubieżach II RP).
Jeziorko okazało się niepotrzebne, całą noc dowożono nam wodę i rano w
zasadzie nie trzeba było wychodzić z namiotu by zażyć kąpieli, a i
droga w dół była regularnym spływem... gospodarze tutaj nawalili i
kajaków, ani pontonów nie dostarczyli nam na czas.
Tofik! Nie wydurniaj się, normalnie idź!
Kolejna
faza sauny - suszenie. Najpierw skorzystaliśmy z tego że na pół godziny
wyszło Słońce i zrobiliśmy pełnowymiarową rozwałkę. Nasz tank
rozstawiliśmy, tak więc gdyby jakaś chmura naszła znienacka, byśmy
mogli się wszyscy do naszej dwójki awaryjnie wpakować. Co prawda chmura
faktycznie naszła, ale nie znienacka, więc zdążyliśmy się zwinąć.
Sushi po karpacku
Ostatni etap wyjazdu, to oczywiście powrót do domu. Bardzo ważną
decyzją jest wybór transportu... Ten nie chciał nas zawieźć ze względu
na zły stan techniczny, a i my nie nalegaliśmy mając w pamięci złe
doświadczenia z busem.
Może by takim na sygnale?
Z
transportu lotniczego dostępne były tylko bociany. Lądowisko-legowisko
miały na szczycie wieżyczki ciśnień, ale to jednak za miały udźwig.
Obiecująca
była opcja rowerowa (dofinansowanie z Jewropiejskowo Sajuzu), ale za
dużo szlaków było do wyborów... byłoby łatwiej, gdybym nie był
daltonistą.
Ostatecznie obejrzawszy dokładnie infrastrukturę i tabor, zdecydowaliśmy się na podróż koleją.
Jechaliśmy Warsem samoobsługowym.
Na
dobry koniec wycieczki tradycyjnie spożyłem soliankę (w knajpie przy
dworcu w Stanisławowie) i z powrotem do domu... Po drodze jakieś 4
godziny z hakiem na granicy, bo nasi skrupulatnie trzepali kolejne
autokary, a w autobusie przed nami trasa Pingwina, który był w
Gorganach. Chyba ręczne grzebanie w ich brudnych skarpetkach dało
celnikom w kość, bo nas już tylko prześwietlili.
A tak na marginesie - ciemne piwo "Biała noc", to dla mnie lekka perwersja. Pozostałe części relacji: - cz. 1 - cz. 2
Dodatkowe fotki: - To Mi'ego (stąd większość zdjęć) - Bartka (stąd sobie fotkę w tanku pożyczyłem) - Ani - Moniki
Piątek rano. Załoga czołgu Komodo Plus melduje gotowość bojową!
Jedno
muszę zdementować - to schronisko to nie nasza robota, ono już było w
takim stanie, gdy naszym tankiem zaparkowaliśmy tu na noc.
Pod
osłoną mgły znienacka zjawiliśmy się w obserwatorium, ani czułe
przyrządy meteo, ani tele- i radioteleskopy nas nie wykryły. Ale ruiny
obserwatorium Biały Słoń na Popie Iwanie to temat na osobny wpis.
My zaś pod osłoną mgły (angielskiej z importu?) dalej poszliśmy granicą.
A
że bataliony jakoś nie stacjonowały w okopach (pewnie zaszyły się na z
góry upatrzonych, suchszych pozycjach), to i nikt nas w strefie
przygranicznej nie niepokoił.
Nie
myślcie jednak, że nie byliśmy pilnowani. Czujny pies pogranicznik czuwał, byśmy nie skoczyli do Czechosłowacji piwo szmuglować.
Droga nie była łatwa, czasem trzeba się było przemknąć wąską ścieżynką uważając by nie zwalić się w bezdenną otchłań mgielną.
Co by nie mówić, góry te jednak gościnne są. By goście mieli na czym oko zawiesić, obsadzono klombiki rododendronami.
Jeszcze
późnym popołudniem, kilka fototapet na mgłę naklejono, tak dla
poprawienia morale, bo ileż można rypać we mgle ledwie widząc plecak
poprzednika.
Jak
wspomniałem na początku, kolejną fazą sauny jest kąpiel w zimnej
wodzie. Gospodarze przygotowali nam takie Niesamowite Jeziorko.