Na starych filmach sf można zobaczyć jak serwowany jest obiad w postaci kilku pigułek... do tego jeszcze nie doszliśmy, ale to pewnie dlatego że w dziedzinie podróży kosmicznych jesteśmy daleko w tyle za prognozami, a na razie wystarczy nam żywność w tubkach, słoiczkach i kartonikach. Ewentualnie liofilizowana, aczkolwiek tutaj trzeba jeszcze nad smakiem popracować.
Mleko od dawna jest już w postaci kartonu, a nie krowy. Mięso jest w plasterkach, a nie w postaci świnki. Jeszcze trochę, a tak jak teraz atrakcją dla dzieci jest słoń w ZOO, albo krowa koń i pastwisku (a na przykład - które dziecko w ogóle widziało żywą świnię?), to wkrótce będzie tak z warzywkami - "spójrz, tak wygląda żywe jabłko zanim trafi do słoiczka, a te krzaki to ziemniaki"... a młodzież i tak nam w takie banialuki nie uwierzy.
W temacie warzyw i owoców, Kluska ma gust bardziej po mnie niż po lavince, to znaczy nie lubi brokułów i kalafiora (które lavinka uwielbia). Zjeść zje, bo ten jamochłon wchłonie wszystko, ale szału nie ma. Za to karotka s bramborami... karotkę s bramborami zje z kopytami i jeszcze poprosi o dokładkę.
Prawdziwym testem na smak będzie jednak rosół i leczo. Rosół jest ulubioną potrawą lavinki, ale ja mam do niego obrzydzenie z dzieciństwa (im lepszy, znaczy tłustszy, tym bardziej w gardle mi staje). Za to leczo... całą jesień, gdy pomidory są za grosze, żywię się praktycznie tylko leczo. Nie wiem dlaczego lavinka go nie lubi, ale to już jej problem, przynajmniej jest więcej dla mnie.
Wpis z okazji LXVI Akcji GTWb - "Miejski warzywniak"
Wpis z okazji LXVI Akcji GTWb - "Miejski warzywniak"