poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Muchomory w sosie komarowem (Walery Wątróbka)

Dziś kolejna podróbka Wiecha, ale najpierw dwa oryginalne kawałki. Ciekawostką jest, że część felietonów publikował kilkakrotnie (i nie mam tutaj na myśli wyboru do kolejnych zbiorków), czasem tylko z lekkimi zmianami, a nierzadko też jeden, nieco krótszy kawałek umieszczał w zupełnie różnych felietonach.

Przykładem może być "Tramwaj w konfiturach" (skan str.1, skan str. 2 ) był to pierwszy felieton z "Dryndą przez Kierbedzia", widziałem go jeszcze w zbiorku "Bitwa w tramwaju" i chyba jeszcze w którymś... to był jeden z felietonów sądowych i nie było tam ani Walerka, ani Gieni. Teraz trafiłem na niego w rubryce "Walery Wątróbka ma głos" (Dzień Dobry! 1933-08-27). Różnią się w zasadzie tylko takimi szczegółami jak wstęp, osoby, tu jadą z Piaseczna tam z Sochaczewa, albo tu są truskawki, a tam agrest.

pieprznik jadalny (cantharellus cibarius), czyli kurka

Muchomory w sosie komarowem

Z grzybami nigdy nie wiadomo, raz są, a raz ich nie ma. Ale my z Gienią mamy na nich metodę, jadziemy na Kiercelaka, Różyca, Szembeka, czy co tam akurat foncjonuje i po przejściu alejkami wiemy że są podgrzybki skolko ugodno, a takżesamo trochę maślaków i prawdziwków. Przykładowo mówię, bo jak byliśmy w Żerardowie na letniakach i na ichniego Kiercelaka zasunęliśmy, to tylko kurki byli, a i to niedużo. Kurka w occie to jednakowoż prima zagrycha pod jednego dziecinnego. Z leśnych wyrobów, jeszcze czarne jagody można było uświadczyć.

No to z małżonką zabraliśmy weklinowe kosze, blaszankowe kubki z widoczkiem i dawaj do lasu. Tu jednak odbiliśmy się od ściany, ja od ściany komarów, Gienia od ściany jeżyn. Gienia zrezygnowała i oświadczyła, że bez kurków sie obędzie, ja jednakowoż na ambit sprawę wziąłem, nie będą mi żadne kolczaste i bzyczące w te i nazad bruździć i wstępu do lasu bronić.

Trzeba spróbować jeszcze raz, ale tą razą porządnie się przygotowić. Od mieszkającego po sąsiedzku wędkarza pożyczyłem kalosze rybackie do samej szyi, na łeb wygrzebałem z dna szafy maskę przeciwgazową i zasuwam do lasu. Krzaki kolczaste i chmary insektów mi teraz niestraszne, ale po kilku krokach szkiełka mnie zaparowali, nie widziałem gdzie idę i jak nie przyfonduje w latarnię. W ten deseń z maski trzeba było zrezygnować, wypożyczyłem za to kapelusz pszczelarski z taką firanką z drobnemi oczkami. Jeszcze w gazy bojowe się zaopatrzyłem, które ponoć najlepsze na latające gady, duże zapasy ich mamy od wojny, bo w pierwszej byli w powszechnym użyciu, to wojsko naprodukowało ich potem na zapas, ale w drugiej na atom, tanki i luftwafę się przerzucili, a magazyny zostali pełne. No to jakiś przytomniak wpadł na pomysł, żeby rozcieńczyć, we flakoniki poprzelewać i sprzedawać do odstraszania uciążliwego tałatajstwa. A parę lat temu nazad, w jednym z warsiaskich fortów odkopali jeszcze kajzerowskie zapasy, tyle że szybko je wykupili, bo nie ma to jednak jak dobra przedwojenna niemiecka chemia, mucha nie siada.

podgrzybek złotopory (xerocomellus chrysenteron), czyli zajączek

Tak przygotowany weszłem już bezpiecznie do lasu i szybko kubeczek jagodami napełniłem. Te jagody tak pół na pół zbierałem, albo jeden plus jeden - znaczy jedną na ząb, a jedną do kubka dla Gieni. Natomiast z grzybami bryndza. kurek nawet na lekarstwo, tylko trochę gąsek, gołąbków i zajączków znalazłem. Jak spotykałem miejscowych grzybiarzy, to widziałem że mają jakieś ni to psiaki, ni to muchomory w koszykach, więc pytam co to jest, a ten mówi że czubajki.
- Zalewasz pan kolejkie, przecież wiem jak kania wygląda i kitu mnie pan nie wciśniesz.
- Nie czubajki kanie, tylko czubajki po prostu. Wszystkie kanie w tym lesie już o piątej rano były wyzbierane.
- A chyba że tak, a do octu to się nadaje i pod czystą zakropioną gorzką?
- Ma się rozumieć, zbieraj pan nierozwinięte łebki, na marynatę w sam raz.
No to nazbierałem.

W międzyczasie chmury poszli precz i skwar się zrobił niemożebny. W mojem pancernem stroju zacząłem się gotować we własnem osobistem sosie, więc musiałem go zdjąć, a komary, gzy, muchi i muszki, jakby na to czekały i huzia na mnie. No to ja wyciągam flakon i obficie siebie spryskałem. Na chwilę pomogło, ale zaraz wróciły i dawaj mnie rypać ze zdwojoną mocą. Wiec ja ponownie uruchamiam miotacz gazów bojowych, znowu pomogło, głównie dlatego że jak którego trafiłem, to kojfnął w krótkich abcugach, ale pozostałe odleciały i jak buteleczka była pusta, wróciły krwiopijce i mnie obsiadły.

Broni chemicznej już nie miałem, no to trzeba je załatwić konwencjonalnie, więc ja chlast z liścia w policzek. Trzy sztuki za jednym zamachem splaszczyłem, no to lu z drugiej strony i blaszkie francuskiem sposobem w czoło, a potem fangie w nos... ale trochie za mocno, bo mnie zwaliło z nóg i trochę zamroczyło. Dobrze że boksu nie trenuję, bo jeszcze jakiego nokałta bym zasunął i by mnie żywcem zeżarła ta brzęcząca chmura jakbym leżał dłużej nieprzytomny. Jak doszedłem do siebie, zerwałem się i dawaj klepać po gębie i ramionach, ze dwadzieścia, trzydzieści ich utłukłem, ale posiłki wciąż przybywały i te cholery co jednego utłukę, one dwa razy dziabną i zaczęły wyrównywać wynik. Tak więc mówię do siebie:
- No Walerek,  nie dasz rady tej Luftwaffe, trzeba nawiewać zanim wypompują z ciebie całą krew - i chodu z lasu.

borówki czarne (Vaccinium myrtillu), czyli czarne jagody

Na ulicy patrzę, a ręce fioletowo-czerwone od jagodowej juchy, wyglądam jakbym wątróbkie żywcem szlachtował i ćwiartował. Nie mogie się tak na kwaterze pokazać, bo Gienia na mój widok zemgleje. Patrzę - hydrant na rogu, podchodzę naciskam wajchę, a tu nic, woda nie leci. Próbuję jeszcze raz, to samo.
- Hydrant zamknięty, trzeba iść po kluczyk - odzywa się z tyłu jakiś starszy jegomość.
- A gdzie jest ten kluczyk?
- W remizie, ale zanim wydadzą trzeba mieć bumagę z magistratu. Tam trzeba złożyć podanie w trzech kopiach i mają tydzień na rozpatrzenie - tu spojrzał na moje ręce - Chodź pan do mnie, mieszkam tu za rogiem, tam się obmyjesz.
No to poszliśmy, ręce jako tako umyłem, żywy kolor spłynął, ale pozostały sine. No trudno, jakby Gienia cholerowała, to powiem że woda w rzece zimna i mnie ręce zsiniały.

Podziękowałem memu dobroczyńcy, ale wychodząc zerknąłem w lusterko, a tam parzy na mnie osobnik z opuchniętem obliczem, jak po lepszym mordobiciu, a co gorsza z sinymi ustami. Otworzyłem usta z wrażenia, a język jeszcze bardziej zsiniały. No nie, Gienia teraz na pewno spazmów dostanie na widok tego upiora, a jak dojdzie do siebie, to cholerować będzie że zamiast do lasu, na melinę się udałem i cały ranek denaturat chromoliłem. Nie ma rady, trzeba chociaż ten kolorek wywabić, a do takiej wewnętrznej przepierki najlepiej się nadaje czterdziestoprocentowy płyn do płukania. Wstąpiłem więc po drodze na jednego głębszego, ale że już nie miałem żadnego zaskórniaka, na zagrychę mnie nie starczyło, wrąbałem więc zebrane dla małżonki jagody. Może to i dobrze, Gienia i tak boi się bąblowca, a jakby nasmażyła konfitur, to może znów by się skończyło jak przed wojną w tramwaju, kiedy to niezgorszej awanturze niewinnie za konfitury dostałem dwa tygodnie aresztu.

Spojrzałem jeszcze na swe oblicze w szybie, a od tych jagód usta i język znowu sine. No nic, przygotowałem się na najgorsze i zasuwam, wchodzę do domu, a Gienia zaczem na mnie, w koszyk się gapi i mnie pyta:
- To zamiast kurek szukać, za panienkami całe przedpołudnie się uganiałeś?
Zgorzałem, bo po drodze w myśli przeleciałem wszystkie możliwe wymówki  jakie może mnie czynić, ale tej nie przewidziałem.
- Ależ skąd królowo piękności mojej, za żadnymi panienkami się nie uganiałem, w lesie same grzybiarze płci męskiej, żadna kobieta nie zaryzykowałaby utraty urody w tych waronkach. Patrz jak mnie gębe pokąsali komary, cały opuchłem.
Ale okazało się, że Gienia panienkami nazywa te miejscowe grzybki, które faktycznie w occie kurkom mocno ustępują, ale po kilku kolejkach różnicy już żadnej nie ma.


muchomor rdzawobrązowy (amanita fulva), czyli czubajka, panienka, szlachcianka...

Zobacz też wcześniejsze felietony à la Wiech:
- Ogniem i sikawką
- Czwarty miesiąc lata

oraz z serii "Letniaki w Żerardowie"
- Luxtorpeda Mazowiecka
- Wczasy pod topolą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz